Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pójść

- o gustach się nie dyskutuje
Awatar użytkownika
Baton
Posty: 2810
Rejestracja: 25 sierpnia 2008, 21:19 - pn

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: Baton » 24 czerwca 2015, 22:59 - śr

Byłem dzisiaj w końcu na Tides from Nebula. Chyba ze 3 razy już się wybierałem, ale zawsze albo coś wypadało albo grali w jakichś beznadziejnych klubach. Koncert w wytwórni w ramach cyklu Made in Polska, transmisja na żywo w TVP2, wizualizacje na bogato, wszystko bardzo ładnie. Przy okazji zobaczyłem całkiem porządne rockowe granie - Magnificent Muttley. Jak na 25zł to rewelacja.

https://www.youtube.com/watch?v=qPUyehW5rfg
https://www.youtube.com/watch?v=iwl6N7e1w2k

Awatar użytkownika
oipryszek
Sponsor
Posty: 521
Rejestracja: 02 listopada 2012, 11:19 - pt

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: oipryszek » 06 lipca 2015, 18:15 - pn

1450 koron za cztery dni grania? Dobrze czytam? Cena killer :O

Obrazek
http://www.rockmetal.pl/koncerty.html?k ... _Rock_2015
Trzy akordy, darcie mordy!

Awatar użytkownika
oipryszek
Sponsor
Posty: 521
Rejestracja: 02 listopada 2012, 11:19 - pt

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: oipryszek » 06 lipca 2015, 18:23 - pn

Chłopakom w Polszy się spodobało i może któryś z forumowiczów się znów zainteresuje ;)

Obrazek
Trzy akordy, darcie mordy!

Awatar użytkownika
Baton
Posty: 2810
Rejestracja: 25 sierpnia 2008, 21:19 - pn

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: Baton » 12 lipca 2015, 21:15 - ndz

Ja się wybieram do Warszawy.

Awatar użytkownika
Dod
Posty: 741
Rejestracja: 29 września 2008, 21:29 - pn

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: Dod » 14 lipca 2015, 22:44 - wt

Obrazek

ej... konkret :o

Awatar użytkownika
Baton
Posty: 2810
Rejestracja: 25 sierpnia 2008, 21:19 - pn

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: Baton » 14 lipca 2015, 23:17 - wt

No jak na darmową imprezę jest nieźle.

Awatar użytkownika
oipryszek
Sponsor
Posty: 521
Rejestracja: 02 listopada 2012, 11:19 - pt

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: oipryszek » 27 lipca 2015, 14:52 - pn

No i pierwsza tak duża impreza koncertowa za mną. Organizacyjnie do przodu. Zero kolejek przy wejściach, przy kiblach, niezbyt długie ogonki po piwo :P Jedynie z 10 minut czekaliśmy na przybycie niespieszącej się pomocy medycznej. Dwie osoby nadeszły spokojnym krokiem do wezwania. Gość dostał padaczki na schodach.

Wizualnie wszystko pozytywnie. Efekty i co się dzieje na scenie oddawały wielkie telebimy.
Nagłośnienie, no cóż. Dla mnie poniżej przeciętnej. Głośno i nic poza tym. Dach był zamknięty co podobno psuje i tak słabą akustykę. Miejsce miałem w sektorze na wprost sceny więc w sporym oddaleniu. Jak było słychać w innych miejscach, w tym na płycie - trudno powiedzieć.

Support w postaci Vintage Trouble - totalnie nie moja bajka. Jestem na nie.
Gwiazdy. Starsi panowie zagrali wszystko jak w standardowej kłótni z żoną: najpierw nowości a potem już stare hity ;) Set trwał nieco ponad dwie godziny co nieco usprawiedliwia zejście bez specjalnego pożegnania i bisowania. Trzeba ich zrozumieć, razem mają ponad 300 lat :E Tuż po usłyszeniu ostatniego dźwięku z głośników, na telebimie pojawiła się mapka z planem wyjazdu ze stadionu. Znak żeby już spadać do domu. Przy wyjeździe oczywiście korek ale to było do przewidzenia przy tylu chętnych do opuszczenia parkingu na raz. Trwało może to ze dwie flaszki i już możemy sobie jechać nasze 6 godzinek do domku.

Podsumowując, gdybym dał za bilet te 330 zyla to czułbym niedosyt. Za darmoszkę - mogło być :] Nie żałuję, że wróciłem wcześniej z wakacji.
Ludzi było full, starzy i młodzi, bawili się wszyscy i to najważniejsze.

Jakieś focisze:
http://imgur.com/cNxvlmY,GYduVgC,NrFdWo ... UO,arI4pMF
Filmiki:
https://www.youtube.com/channel/UCSk8RJ ... Sxg/videos
Narka.
:czesc:
Trzy akordy, darcie mordy!

RPA
Moderator
Posty: 3266
Rejestracja: 12 sierpnia 2008, 13:12 - wt

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: RPA » 15 sierpnia 2015, 14:22 - sob

BRUTAL ASSAULT 2015 - antyrelacja.

Nie będzie zdjęć, bo jest ich masa w necie. Ja zdjęć nie robiłem, telefon padł mi we wtorek. Nie ma korekty, wszystko spisane za jednym posiedzeniem. :)

Dwudziesta edycja największego festiwalu w Republice Czeskiej zaczęła się dla mojej ekipy już we wtorek. Po przebyciu 130km w czasie przekraczającym 3 godziny (pozdrawiam polskich drogowców - świetnie wam szło niepracowanie na totalnie rozpierdolonej w kilku miejscach drodze) i rozbiciu namiotów oddaliśmy się słodkiej najebce przy pomocy tutejszych specjałów. Szczególnie dobrze wspominam słabiutkiego, bo ledwie dziewiętnastoprocentowego Bozkova Peppermint, który smakował jak płyn do płukania ust i zwalał z nóg niepostrzeżenie - organizm nie spodziewał się alkoholu w produkcie nieróżniącym się organoleptycznie od Colgate'a.

W tak zwanym międzyczasie poznaliśmy wady i zalety technicznej strony festiwalu. Wrażenie robiły bardzo czyste i dość gęsto rozsiane polowe kible. Dość ostra i niedelikatna ochrona została zastąpiona składem wręcz odwrotnym -ludźmi bojącymi się spojrzeć, czy masz na ręce opaskę, nie klepiącymi po dupie, pozwalającymi wnieść w tylnej kieszeni co tylko zapragnęliśmy. Uznaję to za plus, choć to delikatny krok w tył w kwestii bezpieczeństwa na festiwalu - spokojnie można było wnieść siekierę i karabin. Z drugiej strony - na bramkach nawet w godzinach szczytu nie uświadczyliśmy żadnych kolejek. To samo w przypadku odbioru opasek, szybko i bezproblemowo. Kwestię jedzenia i żetonów pominąłbym wzgardliwym milczeniem, ale nie mogę - było kurewsko drogo. Porcja kosztowała średnio 3 żetony (100 koron), żeby się najeść, trzeba było wydać dwa razy tyle. To ponad 30zł. Z tego powodu jadaliśmy głównie na mieście. Browar za to przyzwoity - w wielu różnych wariantach, znośny w smaku, najtańszy w granicach 5zł.
Niestety, organizatorzy nie przewidzieli, że temperatury nawet w nocy nie będą często spadać poniżej 30 stopni, więc dostęp do wody użytkowej, pryszniców i tym podobnych był mocno utrudniony, prozaicznie, z powodu ogromnej liczby chętnych.
To tyle z narzekań, przejdźmy do konkretów.

Środa
Teren festiwalu z roku na rok jest coraz bardziej dopieszczony. Sama twierdza, choć bardzo klimatyczna, mogła się już opatrzeć. Dlatego po kątach porozrzucane są kościotrupy, ze ścian buchają ognie, gdzieniegdzie wiszą kute pentagramy i inne diabolskie znaki, wejście festiwalu ukoronowane zostało pięknym, malowanym logo festiwalu, równie ładne logo było umiejscowione również nad scenami - ale widoczne wyłącznie z dodatkowo płatnej (i praktycznie nieosiągalnej z racji pojemności) wyniesionej loży i pola namiotowego w lasku. Nocami po murach przesuwały się świetlne wizualizacje - oczywiście również z nazwą festiwalu :) W trakcie gigów po obwarowaniach twierdzy snuły się odziane w czerń postacie - naprawdę dobry, klimatyczny pomysł!
Jako że było przecholernie gorąco, zamiast wybierać się na pierwsze gigi, ruszyliśmy robić trzodę w okolicznej miejskiej pływalni. Wróciliśmy dopiero na Melechesh, całkiem solidnie brzmiącą i prującą do przodu kapelę, która do tej pory była mi zupełnie nieznana. Prosty, metalowy imidż i dobre brzmienie. Następnie ruszyłem pod drugą scenę, bo zaraz miał zacząć mój pierwszy obowiązkowy punkt festu, czyli Nuclear Assault. Niestety, szybko zrezygnowałem ze stania na patelni, bo było po prostu nieprofesjonalnie - siarowate, nieklarowne brzmienie i masa pomyłek skutecznie zabiły występ klasyka amerykańskiego thrashu, pomimo wylewanych przez muzyków litrów potu.
Na szczęście szybko o nich zapomniałem, gdy na scenę wyszedł Carnifex. Nie na co dzień słucham korów, ale gdy już słucham, jest to deathcore. I to własnie dostałem od nich. Nowoczesne riffy, mocne breakdowny, wokalista wydziarany od małych palców stóp po kark dysponujący każdym rodzajem prosiaka i skrzeku jaki mogłem sobie wymarzyć. No i masa szczerej energii. Nie spodziewałem się, że tak do mnie przemówią. Następny w kolejce był Triptykon. Na ekipę Fischera przyszło naprawdę sporo ludzi, ale raczej dlatego, że w końcu słońce zaszło za horyzont i dało się ustać nie zostawiając pod sobą słonej kałuży. Na start zagrali "Procreation of the wicked", co zachęciło mnie do dalszego machania dynią, niestety po tym spuścili z tonu, prezentując lekko smętne kompozycje obecnego ich składu. Po trzech kolejnych wałkach odpuściłem. Nie przyszedłem na początek Katatonii, nie będąc do końca przekonanym, że warto ich zobaczyć. Jednak 20 minut, które zobaczyłem, mile mnie rozczarowało. Hipnotycznie, bardziej męsko niż na wydawnictwach. Głównie nowsza twórczość. Świetnie wykręcone brzmienie. Poczekałem chwilkę na gwiazdę wieczoru, czyli Soulfly, jednak gdy wyszli na scenę, ogarnął mnie pusty śmiech. Poza wokalami Cavalery, garami i lewą gitarą nie było słychać dosłownie NIC. Wyobraźcie sobie tę pustkę brzmieniową. Nie przemawia też do mnie argument, że nagłośnieniowiec coś spierdolił, bo na pewno mieli własnego. Sprzęt również był w porządku, bo Triptykonowi na tej samej scenie nie miałem nic do zarzucenia. Wstyd.
Pod sam koniec dnia zaczepiłem jeszcze o prężące się na scenie Mayhem. Z trzech widzianych już przeze mnie ich przedstawień, to prezentowało się najlepiej, jednak nie było w tym szczególnego impetu ani szaleństwa. Bardziej jasełka niż poważny czarny teatr. Ciekawym, choć kontrowersyjnym zabiegiem było postawienie czegoś w stylu ambony z kości, za którą Attila wył swoje partie. Wyglądało to efektownie, jednak zupełnie zasłaniało perkusistę. Po gigu, totalnie zniszczeni skrajnie pustynnymi warunkami atmosferycznymi, padliśmy na twarz...

Czwartek
...tylko po to, by w jeszcze bardziej pustynnych warunkach obudzić się o 7 rano. Słoneczko nie odpuszczało nawet na sekundę, więc z cienia wytoczyliśmy się dopiero na Squash Bowels. Stare dziady tłuką te same ascetyczne grindy od zarania dziejów, ale są w tym naprawdę nieźli. Że też w trójkę da się zrobić tyle hałasu! :) Z mózgiem wytrzepanym soniczną falą ponownie wpełzłem pod kamienie w poszukiwaniu jakiegokolwiek chłodu. Wróciłem dopiero na gig Vildhjarty - i dobrze uczyniłem, bo naprawdę zrobili na mnie wrażenie. Djent to nie jest łatwa muzyka, wymaga stalowej techniki i diamentowego sprzętu, by wszystko wyszło równo i sensownie brzmiąco. Im się to udało. Zagrali kilka pokręconych kompozycji pełnych polirytmii i metrum w stylu 16/23, a jednocześnie miło bujających. Przy tym zrezygnowano z obecnych na longplejach czystych wokali, więc finalny efekt musiał dawać radę.
Niestety, na następnym w kolejce Benighted ustałem tylko chwilę, ponieważ mózg zaczął parować mi uszami. W tamtym momencie temperatura musiała przekroczyć 40 stopni. Zanotowałem jednak całkiem szczery gig, choć wokale live wyobrażałem sobie jako dużo lepsze.
Po dłuższej przerwie od słońca, wpadłem na Asphyx. Energicznie, thrashująco, momentami wręcz punkowo w wyrazie. Przekrój hitów, od "Last one on Earth" aż po "Deathhammer". Widać było, że panowie bawią się dobrze, a wraz z nimi cała publiczność. Asphyx stanowiło też dobry kontrast dla następującego po nich, mdłego i bez wyrazu Enslaved, z którego uciekłem czym prędzej. Byłem tak zniesmaczony, że ciężko było mi się zebrać na Bloodbath, a gdy mi się to w końcu udało, no... zachwycony nie byłem. Począwszy od niezależnych od muzyków problemów technicznych (trzaskający mikrofon na tej skali festiwalu? Poważnie?), przez takie sobie brzmienie, aż po niewielki impet, jak na - jakby nie patrzeć - all star band death metalu. Z każdą minutą nabierali rozpędu, ale gdy właśnie zaczynałem być skłonny przyznać, że jest nawet nieźle, koncert się skończył. Szkoda, może przekonają mnie innym razem. Na plus skrwawiony i popierdolony wizerunek muzyków.
Mając w pamięci całkiem żywiołowy gig dziadków z Biohazard na brutalu przed dwoma laty, poszedłem trochę pomachać łokciami między brudasami, ale gdy zaczęli, szybko brakło mi animuszu. Jakieś to niepoważne i słabo brzmiące. Szybko wychwyciłem na czym problem polegał - chyba znów jednemu gitarzyście ktoś zapomniał włączyć wzmacniacz. Na nic się zdało rzucanie z gitarą w publikę, zadziorne teksty rzucane ze sceny i wiele innych zagrywek. Nie dali rady mnie poruszyć, brakło muzyki.
Postanowiliśmy poczekać chwilę w tłumie na Cannibal Corpse, które było wszem i wobec ogłaszane, jako headliner festiwalu. Dla mnie to żadna atrakcja, wielkim fanem nigdy nie byłem i chyba już nie zostanę, no ale taka nazwa... gdy zaczęli, pod sceną ruszył srogi młyn złożony z samych Polaków, dlatego też chyłkiem wycofałem się, by posłuchać jeszcze chwilę. Nie mam im nic do zarzucenia, ale po prostu mnie nie porwali - w przeciwieństwie do chyba każdego później zapytanego o opinię człowieka. Może jestem nienormalny :)
Z premedytacją olałem Kreatora, pod sceną musiało być głośno, bo wszystko doskonale słychać było z pozycji mojego namiotu. Dacie wiarę, że na otwieracza oni dalej wałkują "Enemy of God"? Chyba naprawdę wierzą w to co robią... może ktoś im wreszcie wyjaśni, że to nie ma sensu? Wróciliśmy pod scenę w trakcie występu Annihilatora, jednak marnie wykręcone brzmienie i słabiutki wokal Watersa mocno położyło gig. Co to za Annihilator, gdy solówek trzeba się domyślać z ruchu palców? Z wielkim zdziwieniem odnotowałem, że przyszła na nich cała masa ludzi, prawie tylu, co na Cannibali. To jednak mnie za bardzo nie interesowało, gdyż po paru kawałkach poszedłem i uczepiłem się barierek w oczekiwaniu na Sunn O))). Warto dodać, że w strategicznym miejscu, czyli lekko po lewej, na wprost od subwoofera większego niż mój namiot. Samo przygotowanie do występu miało swój klimat. Pięknie nagłośnione jedenaście wzmacniaczy, akustyka na scenie jak w teatrze - każdy stuk buta technicznych, każdy szelest kabla był słyszalny perfekcyjnie. Przyznaję, że trochę się bałem tego występu. Obawiałem się, że będzie głośno i nic więcej...
Gdy wyszli na scenę, powietrze zawibrowało. Tak uderzającego basu nie słyszałem wcześniej. Utrudniał oddychanie, wszyscy ludzie stali z otwartymi paszczami i chłonęli. Wszystkie ruchy każdego z muzyków dostojne, powolne, przeciągniętę. Zero nerwowości, tylko kamienny walec jadący bezlitośnie i bez przeszkód. Co ciekawe, w pewnym momencie dźwięk zniknął, a muzycy zeszli ze sceny. Myślałem przez chwilę, że to celowy zabieg, bo stało się to dość płynnie, jednak po kilku minutach biegania technicznych wokalista wyszedł na scenę i podziękował za cierpliwość. Po powrocie zespół już więcej nie odpuścił. Gigantyczna w brzmieniu pochwała Szatana trwała jeszcze ponad godzinę, w trakcie której wokalista założył jedno z najbardziej przegiętych przebrań jakie widziałem na scenie kiedykolwiek. Ciężko opisać ogół tego przedstawienia. Do namiotu wróciłem z głową pełną splątanych myśli i nieźle wymasowanymi wnętrznościami. Przekonali mnie w stu procentach. Najlepszy koncert festiwalu.

Piątek
Obawiałem się jeszcze w nocy, że ciężko będzie mi się zebrać na "zwykłe" gigi po Słońcach, ale po przebudzeniu i przekąszeniu kilku rochlików nabrałem znowu animuszu. Temperatury zaczęły topić tańsze namioty, więc w trosce o własne zdrowie znów wyruszyliśmy popływać wśród spasionych pepików. Wróciliśmy akurat na Krisiun, ale że nie przepadam za nimi, odbiłem w stronę browaropoju. Na polu namiotowym chodziły o nich jednak wyłącznie pozytywne opinie. Nie dałem się namówić nawet na chwilowy wypad na Ill Nino, to samo z Decapitated, stawiłem się dopiero na Walls of Jericho. Nie mam się do czego przyczepić, jednak nie podobało mi się. Nie moje granie. Na plus warto zaliczyć turbokonferansjerkę i żywiołowość ichniej wokalistki, która wylewała z siebie nawet nie siódme, a ósme poty, żeby rozbujać ogłupiałą od skwaru publiczność. Nawet jej to nieźle wychodziło. Ponownie zawinąłem się z festu, byle tylko nie zderzyć się z miernym Kataklysmem. Wróciłem jednak prędko, gdy Brujeria weszła na scenę. I to mój zdecydowany kandydat do nagrody mieszanych uczuć. Z jednej strony fajnie, trochę tańca, trochę marihuany, z drugiej siermiężne to strasznie było. Sytuację trochę ratowała kwicząca prosiakami, machająca maczetą i ogółem odwalająca cuda wianki na scenie zespołowa tancerka (ciekawe czy pełni też inną, ważną funkcję po koncertach?), ale muzyka nie przekonała. Kolejnym gigiem który odnotowałem był Dillinger Escape Plan. Słyszałem, że chłopaki się trochę zestarzeli i już tak nie świrują pawiana na scenie. Nieprawda. Skakanie, bieganie, spontaniczne wypierdolenia się z gitarą i ogólna dewastacja sprzętu muzycznego jest u nich najwidoczniej na porządku dziennym. Stwarza to niezłe show. Muzycznie też bardzo fajnie, jednak czuć spory przeskok między "nowymi" i "starymi" nagraniami. Starając się nie zemdleć poczłapałem jeszcze na Napalm Death, bo nigdy ich nie widziałem ale umęczony gigantyczną głośnością, ogromnym natężeniem wysokich dźwięków i przeciągniętą polityczną gadką Barneya prędko się stamtąd zawinąłem. Co ciekawe, był to jedyny gig, który zyskiwał na brzmieniu wraz z każdym metrem dalej od sceny. Realizator dźwięku pewnie też był na skraju udaru. Ze składu na parę dni przed festem wypadł headliner dnia, czyli Killing Joke, ale - ku mojej radości - za niego na dużą scenę wskoczył Candlemass. Pomimo problemów ze składem zagrali naprawdę zajebiście, choć nie obraziłbym się, gdyby w tak krótkim secie pominęli dwa kawałki z nowszych płyt. Nowemu wokaliście może troszkę brakuje do Marcolina, jednak spokojnie udało mu się wykręcić "magię" starych nagrań. Bliżej nieznany mi łysy koleś o aparycji Jamesa Hetfielda godnie zastępował Edlinga na basie. Zobaczyłem jeszcze przelotem Death z jakimiś młodzikami obsługującymi instrumenty (spodziewałem się DiGiorgio na basie...), grającymi głównie starocie, Godflesh, które grało dobrze, ale zdecydowanie bez urwania dupy (baty należą się temu, kto puścił wizualizacje wielkości czterdziestocalowego telewizora, mając do dyspozycji kilkukrotnie większą białą powierzchnię) i dosłownię parę chwil Marduka, którego konsekwentnie olewam od lat.

Sobota

Będzie krótko i zwięźle. Totalnie wykończeni polowymi warunkami w skrajnie wysokich temperaturach postanowiliśmy zobaczyć rzeczy tylko po zmierzchu. Wpadliśmy tylko na Rectal Smegmę z okazji porannej toalety. Belgijskie grindy w typowo czeskim stylu. Czesi w sumie trochę niepotrzebnie ich ściągali, bo u siebie mają co najmniej 10 zespołów grających równie dobre (jak nie lepsze) umpa-umpa. Po mojej interwencji zaczepiliśmy jeszcze za dnia o Suicide Silence, które dało solidny deathcorowy gig, jednak półkę niżej niż trzy dni wcześniej Carnifex. Tak czy inaczej, nie mam im nic do zarzucenia. Zostałem jeszcze na dwóch pierwszych minutach Solstafir, tego pretensjonalnego gówna nie dało się znieść dłużej. Po powrocie do namiotu oczekiwałem na występ At The Gates, niestety, w trakcie Cradle of Filth, dopadło mnie okropne znużenie (sorry, kredki tak na mnie działają) i... przespałem 3 koncerty, które jeszcze chciałem zaliczyć. Poza melodyjnymi Szwedami interesował mnie Vader (bo ostatnio widziałem ich 7 lat temu) i Esoteric, którego pominięcia szczerze żałuję, bo to już druga okazja, która przeszła mi obok nosa. Obudziłem się, gdy spora część namiotów już była dawno pozwijana. Koniec historii. Więcej szczegółów? Pisać, pytać :)
You're all the same, the lot of you, with your long hair and faggot clothes. Drugs, sex…every sort of filth. And ya hate the police, don't ya?

Awatar użytkownika
Jacek B.
ex Cooper
Posty: 7224
Rejestracja: 12 sierpnia 2008, 00:25 - wt

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: Jacek B. » 15 sierpnia 2015, 19:58 - sob

Piękna relacja. Ja bym tego nie przeżył. Typ z Anihilatora dalej gra na Epiphonie?

RPA
Moderator
Posty: 3266
Rejestracja: 12 sierpnia 2008, 13:12 - wt

Re: Koncerty - na których byliśmy i na które chcielibyśmy pó

Postautor: RPA » 15 sierpnia 2015, 21:05 - sob

Spalona skóra z pleców schodzi mi do dziś :) Tak, Waters dalej ciśnie na Epi. Z RANem kiedyś lepiej się prezentował :p
You're all the same, the lot of you, with your long hair and faggot clothes. Drugs, sex…every sort of filth. And ya hate the police, don't ya?


Wróć do „Muzyka ogólnie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość